Menu

Wierzgacz całkiem szczerze

Subiektywnie i z jajem.

Twierdza Wrocław?

daley17

Lechia, Legia, Lech. W bieżących rozgrywkach ten zacny tercet nie wywiózł z Wrocławia choćby punktu. Dodajmy, że w  każdym z tych trzech spotkań Śląsk znalazł drogę do bramki rywala minimum dwukrotnie. Wczoraj Lech był równorzędnym rywalem dla wrocławian, ale tylko przez pierwsze kilkanaście minut pojedynku.

Fot. Paweł Relikowski

Nie był to z pewnością mecz, o którym będziemy opowiadać wnukom. Spotkanie pełne walki, przerywanych akcji, długich piłek i walki w powietrzu. Czasami wręcz wyglądało to na klasyczne: siła razy ramię. Zdecydowanie lepiej w tej rzeczywistości odnalazł się Śląsk, choć początek meczu na to nie wskazywał.

Wrocławianie zaczęli nerwowo i bardzo elektrycznie. Miałem wrażenie, że w ciągu pierwszych minut Jakub Wrąbel miał więcej kontaktów z piłką niż Sito Riera. Wraz z upływającym czasem gry Śląsk stopniowo przejmował dowodzenie nad boiskowymi wydarzeniami, czego dowodem były pełne polotu akcje skrzydłami i wiele zagrań na jeden kontakt.

Niewątpliwie kluczem do zwycięstwa w tym meczu były właśnie boczne sektory boiska. Jan Urban uczulił Djordje Čotre, by ten bardziej skupił się na wyłączeniu z gry Macieja Makuszewskiego, niż na wspieraniu partnerów w ofensywie. Chorwat rozwinąć skrzydeł reprezentantowi Polski nie pozwolił.

Szkoleniowiec wrocławian nie musiał za to ujarzmiać  ofensywnych zapędów Mariusza Pawelca, gdyż dla niego każde zwarcie z Darko Jevticiem, było niewyobrażalną przyjemnością. Szwajcar serbskiego pochodzenia na pewno zapamięta wczorajszy mecz. Pawelec o to wystarczająco zadbał.

Trzeba przyznać, że nie byłoby tylu pochwał dla bocznych obrońców Śląska, gdyby nie wspomagający ich: Jakub Kosecki i Robert Pich. Do pracowitości Słowaka jesteśmy przyzwyczajeni, ponieważ nieraz udowadniał, że od brudnej roboty nie stroni.

Postawą byłego reprezentanta Polski musi być zbudowany Jan Urban. Plotki o znacznej poprawie gry w destrukcji, gdy Kosecki przywdziewał barwy Sandhausen, okazały się prawdziwe. Filigranowy skrzydłowy nie unikał (z góry przegranych) pojedynków główkowych, a silniejszych od siebie rywali oszukiwał szybkością i zwinnością. Jedyną rysą na jego występie są teatralne upadki, które nawet u najzagorzalszych fanów Śląska wywoływały miny zażenowania.

Ciężko się dziwić frustracji Nenada Bjelicy, ponieważ symbolizowała ona nieporadność całego wczorajszego Lecha. Trener Kolejorza próbował dość nieudolnie wywierać presję na arbitrze, a w finalnym efekcie Paweł Gil wskazał szkoleniowcowi drogę na trybuny. Po tym na lechitów spadł kolejny cios. Na odchodne Śląsk podwyższył prowadzenie i obie ekipy schodziły do szatni przy dwubramkowym prowadzeniu gospodarzy.

Byłem absolutnie pewien, że po przerwie Lech wyjdzie najeżony i szybko poszuka bramki kontaktowej. Nic z tych rzeczy. Poznaniacy grali bez jakiejkolwiek koncepcji na rozmontowanie defensywy Śląska. Wszelkie próby dryblingów, szybkiej wymiany podań oraz dynamicznego przeniesienia ciężaru gry były dla wrocławian łatwe do rozszyfrowania.

Bjelica ma się nad czym zastanawiać, bo wczoraj wyglądało to naprawdę marnie. Pole rażenia po zejściu Gytkjaera spadło praktycznie do zera, a cała kreatywność Kolejorza opierała się na tym, co wymyśli Radosław Majewski. Dziś pomysłów miał jak na lekarstwo i nie bójmy się tego powiedzieć – jeżeli grasz przeciwko tak dysponowanemu przeciwnikowi, jakim był Śląsk, to warto zadbać aby piłka słuchała się twoich nóg.

Czy Lech zasługiwał wczoraj chociaż na gola honorowego? Od drużyny aspirującej do mistrzostwa Polski wymaga się o wiele więcej, niż stwarzanie zagrożenia po kilku stałych fragmentach gry, więc odpowiedź jest jasna. Śląsk zgarnął komplet punktów w sposób zdecydowany i nie budzący wątpliwości.

Jedyne co martwi to osoba arbitra. Dobry sędzia to taki, który jest przez 90 minut niewidoczny i nie stara się na siłę zaistnieć na placu gry. Miałem nieodparte wrażenie, że Paweł Gil mocno pracował, aby stać jednym z bohaterów wczorajszego widowiska.

Cieszy z kolei frekwencja. Spotkania z Legią i Lechem przyciągnęły na trybuny łącznie ponad 46 tysięcy widzów. Moda na Śląsk wraca i trzymajmy kciuki, by podopieczni Jana Urbana nadal grali atrakcyjny dla oka futbol. Wrocław potrzebuje wielkiego Śląska.

PS. Śląsk nie przegrał na Stadionie Miejskim od 29 kwietnia bieżącego roku (twierdzę sforsował wtedy Górnik Łęczna po golach Bonina i Śpiączki). Od tego momentu wrocławianie w ośmiu meczach zanotowali siedem zwycięstw i jeden remis.

© Wierzgacz całkiem szczerze
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci